Właśnie rodzi się nam Książę Pokoju
Drogie Siostry, Drodzy Bracia!
Cieszę się, że mogę się znów z wami spotkać w tym pięknym okresie roku kościelnego, kiedy to cały Kościół za kilka dni znów będzie wspominać pewne nowonarodzone dziecię, przed wieloma wiekami narodzone z ubogiej matki i Ojca cieśli w Betlejem, w stajence, a więc w miejscu, którego żaden inny Bóg nie wybrałby na swoje narodziny.
W czasie, gdy Nasz Zbawiciel przychodził na świat, rodzina Józefa i Marii nie miała wielu powodów do radości. Znaleźli się w Betlejem z powodu dekretu cesarza Augusta, pragnącego spisać „cały świat”, jak czytamy w Ewangelii. To sprawiło, że poddani cesarza musieli powrócić w tym celu do swoich rodzinnych stron. Kaprys władcy spowodował, że Józef wyruszył z brzemienną Marią do miasta dawidowego, bo był z rodu Dawida. I gdy nadszedł czas rozwiązania, zabrakło dla nich miejsca w gospodzie. Byli zapewne pełni niepokoju o swoją przyszłość i o przyszłość nowonarodzonego dziecka.
To, co uderza nas w ewangelicznej narracji dotyczącej narodzin Jezusa, to ten dziwny kontrast pomiędzy niepewnością ubogiej rodziny, a radością wokół nich. Wydawać się może, że otaczający świat bardziej się raduje w momencie przyjścia Jezusa na świat, niż jego strudzeni i zaniepokojeni najbliżsi. Jak czytamy w Ewangelii Łukasza, wtedy, gdy mały Jezus owinięty w pieluszki leżał w żłobie, anioł Pański nawiedzał pasterzy w pobliżu czuwających nad swym stadem i ogłaszał im radość wielką z powodu narodzenia się Zbawiciela, po czym pasterze, w bojaźni, ale również w wielkim podnieceniu, ruszyli do Betlejem, znaleźli dziecię i rozpowiedzizeli Dobrą Nowinę, ku zadziwieniu tych, którzy ją słyszeli. W tym samym czasie, wśród zawirowania, Matka Jezusa zachowywała się inaczej. Jak czytamy: zachowywała wszystkie te słowa, rozważając je w sercu swoim.
Gdy więc czytamy nasze dzisiejsze słowa Radujcie się w Panu zawsze, powtarzam radujcie się, to widzimy, że ta radość w momencie jego narodzin może objawiać się różnie. Albo w sposób głośny, wyraźny, jak w przypadku pasterzy, albo w sposób kontemplacyjny, jak w przypadku jego Matki. Są świadkowie Jezusa, którzy chcą, aby świat jak najszybciej dowiedział się o wspaniałym wydarzeniu i są tacy jak Maria, którzy przeżywają ten cud narodzin w cichości swoich serc. Do Marii i Józefa, jak rzadko do kogo, tak dobrze pasują słowa skromność wasza niech będzie znana wszystkim ludziom; Pan jest blisko. W tym przypadku pary niezwykłych rodziców Pan był najbliżej, bo sam leżał owinięty pieluszkami, sam doświadczał niepewności losu ludzkiego, i sam już tam, w dalekim Betlejem, przygotowywał się do tego, co miał uczynić dla świata.
Potrzebni są w Kościele zarówno ci świadkowie, którzy przyjmują nowonarodzone dziecię najbardziej osobiście w całej jego kruchości, jak jego rodzice, jak i ci, którzy na początku jego drogi w świecie rozpoznają w Nim tego, który ma uczynić wielkie dzieło Zbawienia świata, i pragną od razu, natychmiast, podzielić się tym z całym światem, tak jak uczynili to pasterze. Jedni i drudzy przeżywają w najgłębszy dostępny im sposób największą radość swojego życia.
Kochani!
Tylko nieliczni ludzie mieli ten przywilej, aby być blisko nowonarodzonego Zbawiciela i powitać go, gdy przychodził na świat. Nieliczni też byli ci, którzy przyjęli jego przesłanie, gdy je głosił, a już najmniej było ich, gdy Zbawiciel poniósł nasze grzechy na krzyż. Oni dokonywali wyboru jako świadkowie Jezusowego życia.
My możemy go dokonać jedynie jako świadkowie jego przesłania. Czy potrafimy tak, jak ci pierwsi świadkowie, radować się naprawdę, w głębokości naszych serc z przyjścia na świat Mesjasza? Nie byliśmy w stajence, nie przyszedł do nas anioł jak do pasterzy, przekazując nam „gorącego newsa”, nie dane nam było roztkliwić się nad owiniętym w pieluszki dzieckiem, które zawsze budzi ciepłe uczucia u każdego dorosłego.
zobacz pełny tekst
| następna » |
|---|


