Drukuj

3/1991

Werdykt Trybunału Konstytucyjnego, uznający legalność wprowadzenia religii do szkół na mocy dwóch instrukcji ministra edukacji, jest ostateczny. Część opinii publicznej, a zwłaszcza środowisko prawnicze, jest jednak tym orzeczeniem poruszona i daje publiczny wyraz swym wątpliwościom co do jego trafności. Spośród wielu głosów prasowych na ten temat zacytujemy tutaj dwa: artykuł Agnieszki Jędrzejczyk i Ewy Milewicz: „Trybunał Niekonstytucyjny?” („Gazeta Wyborcza” nr 32 z 7 II br.) oraz Stanisława Podemskiego: „Prawnicze samobójstwo” („Polityka” nr 6 z 9 II br.).

„Już przy wprowadzaniu instrukcji w życie – piszą dziennikarki »Gazety«  – przedstawiciele Ministerstwa Edukacji Narodowej przyznawali, że z prawniczego punktu widzenia »nie są one bez zarzutu«. Zapowiedzieli też projekt ustawy o systemie edukacji zmieniający większość tych przepisów, które zdaniem rzecznika praw obywatelskich zostały przez instrukcję złamane.

Nie tylko w ministerstwie czekano więc na werdykt Trybunału Konstytucyjnego.

Państwo praworządne rządzi się prawem uszeregowanym w drabinę. Najwyższy jej szczebel to Konstytucja. Ustawy muszą być z nią zgodne. Rozporządzenia z kolei mogą być wydawane wtedy, gdy ustawy to przewidują. Zawierają one przepisy wykonawcze do ustaw. Najniższy szczebel tej drabiny to instrukcje, okólniki, czyli tzw. prawo powielaczowe. Prawnicy od dawna domagają się zniesienia prawa powielaczowego, nie przystoi ono państwu prawa. [...] Trybunał Konstytucyjny (utworzony w 1985 r.) pilnuje, aby kolejność szczebli drabiny nie była zmieniona. Zmienianie instrukcją ustawy to właśnie wyłamywanie szczebli i przestawianie ich kolejności. Praw obywateli, takich jak wolność sumienia i wyznania, nie można zmienić instrukcjami”.

Tymczasem, co zrobił Trybunał? – pytają autorki cytowanego artykułu. Otóż „Trybunał nie zakwestionował instrukcji wprowadzających naukę religii do szkół, bo jak zaznaczył w uzasadnieniu wyroku: »uwzględnienie wniosku rzecznika, zmierzającego do uchylenia instrukcji, spowodowałoby powrót do stanu, w którym realizacja konstytucyjnych praw obywatelskich napotykała trudności«. Szukając dla instrukcji prawnego umocowania, Trybunał powołał się na opinię Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, której zdaniem nauczanie religii w szkołach jest zgodne z prawem.

A przecież spór jest nie o to, czy religii powinno się uczyć w szkole, ale o sposób jej wprowadzenia. Merytoryczna »słuszność« instrukcji niczego tu nie rozstrzygała”.

Z kolei Stanisław Podemski, nazywając orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego „żenującym werdyktem” i wyrażając zastrzeżenia także wobec samego przebiegu procesu, o jego meritum pisze co następuje:
„Jeżeli bowiem Trybunał uważa, że finansowanie przez państwo wynagrodzenia 27 tysięcy katechetów nie jest dotowaniem działalności kościelnej, sprzecznym z konstytucyjnym rozdziałem państwa i Kościoła, że nie do sądu konstytucyjnego należy interpretacja ustawy wyznaniowej, lecz do wspólnej komisji przedstawicieli rządu i episkopatu, że modlitwa, krzyże w klasie, wizytacje lekcji religii i pełnoprawne członkostwo katachetów w radach pedagogicznych szkół to nie jest żadna integracja programu szkolnego i religijnego, że wreszcie to, co postanawia ustawa (wymagając np. kwalifikacji na poziomie wyższego wykształcenia od nauczyciela, poza absolutnymi wyjątkami) może swobodnie zmieniać minister – to nie ma o czym mówić ani pisać”. I dalej: „Trybunał Konstytucyjny, uznając wbrew swej macierzystej ustawie, że nie on sam, lecz przedstawiciele władzy rządowej i kościelnej interpretują ustawę o stosunku państwa do Kościoła rzymskokatolickiego (z maja 1989 r.), popełnił jurydyczne samobójstwo”.

„Obydwaj partnerzy porozumienia – kontynuuje publicysta »Polityki« – poprzedzającego wprowadzenie religii w szkołach (tj. rząd i Kościół), nie chcą zrozumieć obaw niemałej części społeczeństwa. Nie pojmują oni, że jeżeli dziś można instrukcją ominąć trzy ustawy, to równie dobrze jutro zarządzenie ministra spraw wewnętrznych postawić może poza prawem gwarancje dla obywatela w sprawach ważniejszych niż ujawnianie przekonań religijnych wobec szkoły”.

W obydwu omawianych tekstach nie ukrywa się, że na takie a nie inne orzeczenie Trybunału wywarły wpływ poglądy i wypowiedzi przedstawicieli Kościoła katolickiego na temat wprowadzenia religii do szkół. Stanisław Podemski uważa zresztą, że nie są one godne bogatej i chlubnej tradycji prawnej tego Kościoła. Dziennikarki „Gazety” piszą bez ogródek: „Na decyzję Trybunału trzeba spojrzeć w szerszym kontekście zwiększającego się udziału Kościoła w życiu publicznym [...], widać przy tym, że różne siły polityczne boją się narażenia Kościołowi.

Czy Trybunał nie poszedł drogą zmierzającą ku »ubezwłasnowolnieniu ustawy i parlamentu« (terminu takiego użył prof. Janusz Łętowski w piśmie »Państwo i Prawo« w maju 1990)?

W Anglii sędziowie przysięgli, nim wydadzą wyrok, są izolowani od wszystkiego, co mogłoby wywrzeć wpływ na ich niezawisły osąd. Czy nasz Trybunał potrafił się odizolować?

Czy orzeczenie Trybunału nie było podyktowane chęcią uniknięcia niepopularnych decyzji? Czy nie obawiał się on narażenia panującemu duchowi?”

Kończąc to omówienie warto więc za Stanisławem Podemskim postawić jeszcze pytanie (było ono już raz przedmiotem dyskusji publicznej), czy nie stałoby się lepiej, gdyby funkcje Trybunału Konstytucyjnego przejął Sąd Najwyższy, naprawdę już niezawisły, bo nie kadencyjny, zatem wolny od zabiegania o poparcie różnych wpływowych czynników w państwie. A taki wpływ mogą wywierać w przyszłości nie tylko partie polityczne, lecz także Kościół katolicki. Już dziś widać takie próby gołym okiem.