Pismo religijno-społeczne poświęcone polskiemu
      ewangelicyzmowi i ekumenii

NR 1/2021, s. 4–5

Biblia (fot. Free-Photos/pixabay)
(fot. Free-Photos/pixabay)

 

Człowiek ma skłonność do życia zgodnie z przyzwyczajeniami – to dość prozaiczna obserwacja. Każdy, kto chciałby się z tym kłócić, niech przypomni sobie, kiedy ostatnio poszedł stałą trasą, chociaż plan dnia wyglądał inaczej niż zwykle – szczególnie pozdrawiam tu kierowców płci obojga. Znamy to wszyscy. Gorzej, że ta sama rutyna wkrada się też do naszego życia duchowego. Każe nam powtarzać teksty bez zastanowienia i zrozumienia. I dlatego chciałbym zastanowić się nad jednym z tych oczywistych tekstów – a ściślej, jego fragmentem.

Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech, święć się imię twoje

Ile razy powtarzaliśmy te słowa? Zapewne wiele. Znamy je od dzieciństwa. Ale co one znaczą, albo jeszcze lepiej, co mogą znaczyć? Przede wszystkim, o co chodzi ze święceniem się imienia? Dlaczego to imię jest takie ważne?

Biblia stoi na imionach. Bóg ma ich wiele, znamy je ze Starego i Nowego Testamentu: Adonaj, Elohim, El Szaddaj, El – żeby wymienić tylko te częstsze. Czasem mówi się o Nim Emet – prawda. Czasem Go’el – odkupiciel. Sam przedstawia się jako Będący. Ale podstawową własnością wszystkich imion jest jedno: w stosunku do człowieka tworzą określone „ty”. Bóg nie jest „czymś”, jest „kimś”. Nadanie imienia, czy inaczej – nazywanie imieniem automatycznie powoduje, że obiekt tego nazywania staje się osobowy, jest dla nas nie rzeczą, o której mówimy, ale osobą, do której się zwracamy. Powstaje relacja – relacja nie oparta na posiadaniu, ale na dialogu, przy czym ten dialog może oznaczać, że któryś z nas mówi do drugiego, ale równie dobrze może oznaczać wsłuchiwanie się w siebie nawzajem. Ważne, że imię powoduje, iż możemy nawiązać bezpośredni kontakt i skoncentrować naszą uwagę na drugiej stronie.

Imię jest więc wyznacznikiem tego, że traktujemy Boga osobowo, ale to nie koniec. Imię w świecie Biblii ma moc, dlatego nie wolno wypowiadać tego jednego, prawdziwego, zapisanego w tekście jako JHWH. W starożytności arcykapłan wypowiadał je tylko raz w roku, w świętym świętych, kiedy jego zadaniem było oczyścić lud ze wszystkich jego grzechów. Imię to potęga zamknięta w słowach. Kto je zna, ten ma do dyspozycji potężne narzędzie, z którego musi korzystać z ostrożnością i rozsądkiem. Ten szczególny status, to oddzielenie od codzienności, odrębność jeśli chodzi o skuteczność, jest wyznacznikiem świętości, która w naszej świadomości musi być celebrowana, nawet jeśli nie znamy dokładnego brzemienia tego jednego imienia Bożego… chociaż, czy faktycznie tak jest?

„Który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg wielce go wywyższył i obdarzył go imieniem, które jest ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zginało się wszelkie kolano na niebie i na ziemi, i pod ziemią i aby wszelki język wyznawał, że Jezus Chrystus jest Panem, ku chwale Boga Ojca” (Flp 2,6–11).

Imię, do którego przywykliśmy tak, że już nawet nie zwracamy uwagi, kiedy staje się wykrzyknieniem – Jezus Chrystus. To imię, z całą jego mocą niech się święci. I niech prowadzi nas do tych dwu rzeczy, które z nim się wiążą: relacji z Bogiem i zmiany naszego życia.

Przyjdź królestwo twoje

Druga prośba Modlitwy Pańskiej konfrontuje nas z naszym zaufaniem do Bożego pomysłu – i planu – na świat i na nas samych. Dlaczego?

Po pierwsze musimy spojrzeć na same słowa, z których ta prośba się składa, przede wszystkim na wyraz „królestwo”. Uwarunkowani naszym wychowaniem religijnym, w pierwszym odruchu możemy mieć poczucie, że modlimy się o nadejście końca czasów, o sąd – o sytuację, którą anglikańska modlitwa pogrzebowa opisuje słowami „byś liczby swych wybranych rychło dokończyć raczył”. I nawet, jeśli przyjmiemy rozumowo, że dotyczy to stawania przed sądem Boga, który za nas, swoich wybranych, poszedł na śmierć krzyżową, perspektywa sprawiedliwego sądu musi być, siłą rzeczy, niekomfortowa. Czy mamy dość zaufania w Boże miłosierdzie, żeby przyjąć, że nic nam nie grozi? Znając własną słabość i grzeszność, trudno na to odpowiedzieć twierdząco – zwłaszcza, że Bóg jest sprawiedliwy z założenia, jego świętość powoduje, że pozostaje mu nad nami gniew i potrzeba uzyskania dla siebie sprawiedliwości…

Oczywiście, jak już mówiliśmy, ten problem rozwiązuje nam Chrystus, doskonały okup za naszą naturę i nasz grzech. I, oczywiście, jednym z celów naszej pracy nad naszą wiarą jest też zrozumienie i przyjęcie do wiadomości, więcej – uznanie za swoją myśli, że jego zbawcza męka wystarczy. Że nie ma się czego bać.

Jednak jest w tym jeszcze druga strona, jak zwykle. Otóż sam wyraz basileia jest dwuznaczny i może oznaczać zarówno „królestwo” jako określony porządek prawny, określony kraj, jak i „królowanie” – sprawowanie absolutnej władzy królewskiej. I tutaj dochodzimy do drugiego rozumienia naszej prośby. Już nie chodzi o przyszły eon królestwa bożego jako konkretnego wydarzenia, nie chodzi o apokaliptykę, chodzi o to, by Bóg zajął swoje miejsce w centrum życia, tego zupełnie praktycznego i codziennego. Chodzi o to, by nastało królowanie Boga i jego pomazańca – Chrystusa. Nie w sensie politycznym, ale etycznym. Nie po to, by przejął władzę nad ziemią, ale nad ludzkimi sercami i umysłami. Nie po to, żeby skończyły się czasy i historia, ale po to, żeby napełniły się nową treścią, treścią, którą regulować będzie Bóg. To królowanie Boga, prawdziwa teokracja, jest celem chrześcijańskiego życia politycznego – ale zaczyna się ono w życiu pojedynczego wierzącego. Nie jest to kwestia narzucania komukolwiek naszych poglądów, ale raczej rozchodzenia się odnowy wokół tych, którzy urodzili się z Ducha, jak rozchodzą się fale wokół miejsca, gdzie kamień wpadł w wodę. To jest droga do królestwa – przez osobistą przemianę, przez dojrzewanie do posłuszeństwa, przez wzrastanie w łasce Bożej.

Optymistyczne? Zapewne, ale w końcu dlatego nie deklarujemy się, że będziemy to królestwo na ziemi wprowadzać, ale modlimy się, by Bóg to sprawił. On sam musi nam w tym pomóc, przełamać naszą naturę skłonną do złego, doprowadzić nas do zdolności do przyjęcia jego woli za naszą własną. Suwerenny, święty Bóg musi nam swoją suwerenność doprowadzić do świadomości przez łaskę i działanie Ducha, przez prowadzenie nas do odrodzenia, przez tę zwykłą-niezwykłą przemianę w pojedynczych ludziach, nas samych. Ale uwaga, tutaj znowu jesteśmy w sferze zaufania – bo każda przemiana wymaga go, żeby była skuteczna, żebyśmy mogli się na nią zdecydować. Lęku nie budzą tylko czasy ostateczne, ale też przemiana w doczesności, bo nowe życie to nowe wyzwania, nowy początek, nowa niepewność. I w tej niepewności potrzeba ufać, żeby poradzić sobie z lękiem.

Druga prośba Modlitwy Pańskiej to prośba o zaufanie na życie – obecne i przyszłe. I jednocześnie deklaracja, że wiemy, jak ważne ono dla nas jest.

* * * * *

ks. Michał Koktysz – doktor teologii ewangelickiej, wikariusz Parafii Ewangelicko-Reformowanej w Łodzi

 

Czytaj też: Modlitwa Pańska – cz. 2