Drukuj

NR 7-8 / 2007

Przechodząc kiedyś ujrzał Jezus pewnego człowieka, który był niewidomy od urodzenia.
Uczniowie tedy zapytali Jezusa: Nauczycielu, dlaczego ten człowiek urodził się niewidomy:
Czy to on sam dopuścił się jakiegoś grzechu, czy może jego rodzice?
Jn 9, 1-7

Drogie Siostry, Drodzy Bracia

Przez kilka ostatnich dni rozważaliśmy tutaj jedno z podstawowych ludzkich pytań: Jak tu żyć? Wielu z nas zadaje sobie to pytanie wobec różnych trudności, których doświadczamy w naszym życiu. Często pytanie to jest wyrazem bezradności, gdy stajemy twarzą w twarz z problemami, z którymi nie umiemy sobie poradzić.

Zastanówmy się, jak często musiał zadawać sobie to pytanie człowiek niewidomy od urodzenia? Jak bardzo musiał się czuć bezradny! Nie wiemy, co prawda, czy był to stary człowiek czy młody, ale przecież jego nieszczęście trwało całe życie!

Większości z nas, których Bóg obdarzył widzeniem bez ograniczeń, ciężko jest to sobie wyobrazić. A przecież nawet stosunkowo mała wada wzroku utrudnia życie. Musielibyśmy zapytać, jak to jest, kogoś, kto znalazł się w podobnej sytuacji do owego człowieka z Ewangelii, aby spróbować odrobinę wczuć się w jego położenie. Ten człowiek, o którym czytamy, chyba już na nic dobrego nie liczył – w tekście nie ma ani jednego jego słowa. Nawet nie prosi o uzdrowienie. Nie mógł przecież zobaczyć Jezusa, a nikomu nawet nie przyszło na myśl, by go do Niego przyprowadzić. Wręcz przeciwnie: w głosach obecnych tam ludzi da się słyszeć raczej bezwględność i obojętność wobec jego losu. Pytają oni: Kto zgrzeszył, czy on czy rodzice jego, że się ślepym urodził? Nie słychać w ich słowach współczucia i troski o bliźniego.

Nie potępiajmy ich jednak – dla nich Ewangelia była wciąż czymś nowym, być może zresztą spotkali się nią po raz pierwszy, gdy Jezus cierpliwie tłumaczył im, że stało się tak nie z czyjejś winy, ale żeby się na nim, czyli niewidomym, objawiły dzieła Boże.

Ale spójrzmy teraz na siebie – na chrześcijan, którym Dobra Nowina jest dobrze znana. Czy nie zdarza się nam czasem, w obliczu czyjegoś nieszczęścia, pytać o winę unieszczęśliwionej osoby, zamiast ją ratować tym, czym możemy – modlitwą i czynem? Czy nie grzeszymy czasem obojętnością wobec tego, co spotyka naszych bliźnich? Czy nie mamy czasem odruchu, aby być gapiami zamiast ratownikami przy wypadku?

Zastanówmy się, czy zawsze jesteśmy jak Jezus – gotowi do pomocy, zamiast do szukania winy w naszym bliźnim? Czy zawsze jesteśmy ludźmi, na których nasi bliźni mogą liczyć nawet w najtrudniejszych sytuacjach?

A przecież wierzymy, że nawet jeśli nie możemy sami pomóc, to jest Nasz Pan, Zbawca, którego możemy prosić, i powinniśmy prosić, usilnie, z całym zaangażowaniem, aby uzdrowił daną osobę – czy to fizycznie, czy duchowo. Jezus mówi nam: Musimy wykonywać dzieła tego, który mnie posłał, póki dzień jest; nadchodzi noc, gdy nikt nie będzie mógł działać. Nasz Pan wiedział, że należy ratować ludzi póki wystarcza czasu. Patrzył na swe działanie z perspektywy wieczności. My też, patrząc na bliźniego oczekującego od nas pomocy, musimy być świadomi, że wyciągając do niego rękę i reagując na konkretną potrzebę, odpowiadamy na wezwanie samego Boga zanim noc nastanie.

Bóg dał każdemu z nas określony czas na ziemi, kiedy możemy działać, wykonywać Jego dzieła – tego, który nas posłał.

To jest pierwsza refleksja, którą chciałem się z wami, drogie Siostry i Bracia, podzielić na kanwie naszego tekstu. Ale jest i druga istotna rzecz.

W naszym tekście dzisiejszym czytamy, że Nasz Pan plunął na ziemię i ze śliny uczynił błoto i to błoto nałożył na oczy ślepego. Według dzisiejszych standardów praktyki medycznej Nasz Pan postąpił jak znachor. Wielu z nas może się to wydać dziwne. Kto z nas, ludzi współczesnych, chodzących do lekarzy i poddających się najróżniejszym badaniom, jest tak naprawdę w stanie uwierzyć w skuteczność takiej metody?

Ale spójrzmy na ten tekst oczami wiary. Dla naszego Pana nie ma rzeczy, która byłaby niemożliwa. Nie ma dla niego środków zbyt ubogich, niewartych uwagi, godnych wzgardy, gdy chodzi o uratowanie człowieka i uczynienie go świadkiem wiary oraz Bożego cudu! Może to być nawet ślina i błoto!

Chodzi tylko o ratunek dla poszczególnego człowieka i ukazanie się Bożej Chwały. W osiągnięciu tego celu ślina i błoto mogą być w równym stopniu lecznicze jak najbardziej nowoczesne lekarstwo! Musimy tylko zaufać naszemu Zbawcy, Najwyższemu i Wszechmocnemu Lekarzowi, Panu Jezusowi Chrystusowi. On przywraca wzrok niewidzącym, daje siłę bezradnym i nas wszystkich uczy jak żyć.

Amen.

Ks. bp Marek Izdebski

[Kazanie wygłoszone podczas Tygodnia Ewangelizacyjnego w Zelowie w lipcu 2007 roku.]