Drukuj

12 / 1993

MYŚLANE NOCĄ

Ewangelia wg św. Mateusza 1:18-24; 2:13-23; 13:55.56
Ewangelia wg św. Łukasza 1:29-56; 2:1-7. 40-52

Gdy zbliża się grudzień i przygotowujemy się do obchodów pamiątki dnia, w którym zawitała na Ziemię nadzieja, często myślę nie tylko o Tym, który się przed blisko dwoma tysiącami lat narodził, ale również o Jego ziemskich rodzicach. Jakże chętnie dowiedziałabym się o nich czegoś bliższego! Ale w Biblii nader skąpo odmierzane są słowa wykraczające poza konieczne informacje o którejkolwiek z postaci. Gdy zastanowić się nad tym głębiej, okazuje się, że te informacje są rzeczywiście w tym samym stopniu niezbędne, co wystarczające. Więc choć to może z mojej strony niemądre, mimo wszystko bardzo chciałabym wiedzieć, na przykład, czy Maria była ładna? Wyobrażam ją sobie jako szczupłą, smagłą dziewczynę o poważnym spojrzeniu dużych, ciemnych oczu. A Józef? Oczywiście nosił brodę, i widzę go – barczystego i wysokiego męża – jak z ciepłym i nieśmiałym uśmiechem opiekuńczo obejmuje Marię ramieniem. Strasznie dużo przymiotników w tych ostatnich zdaniach... Przepraszam!

Przyoblekłszy sobie te postaci w uchwytne dla ludzkich zmysłów kształty, zaczęłam się zastanawiać, jacy też ci ludzie byli na co dzień. Co do ich charakterów Biblia użycza nieco więcej wiadomości. Skrzętnie zebrałam wszelkie okruchy z Ewangelii wg św. Mateusza i św. Łukasza i poskładałam je razem. Marię ujrzałam bardzo wyraźnie. Cóż to za niezwykły człowiek! Aż trudno sobie wyobrazić, że zaskoczona widokiem anioła Gabriela (choć w tamtych czasach na pewno łatwiej było uznać takie zjawisko za coś naturalnego) i zatrwożona już jego pierwszymi słowami, nie powiedziała nic, tylko w milczeniu „rozważała, co by mogło znaczyć to pozdrowienie”. Jeszcze bardziej zdumiewająca była jej reakcja na dalsze słowa anielskiego zwiastowania, które – jak wiemy – było dla ludzkiego umysłu zupełnie nie do pojęcia: „I oto poczniesz w łonie i urodzisz Syna, i nadasz Mu imię Jezus. Ten będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego”. I słysząc to, Maria zadała jedno jedyne rzeczowe pytanie: „Jak się to stanie, skoro nie znam męża?” Otrzymawszy w tym względzie wyjaśnienie, które chyba musiało ją wprawić w jeszcze większe zadziwienie, Maria powiedziała: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego”. Nic więcej. Ciekawa jestem, czy Gabriel spodziewał się, że młodziutka dziewczyna tak przyjmie jego poselstwo? W każdym razie musiał uznać, że wypełni! swoje zadanie, bo czytamy, że „anioł odszedł od niej”.

Czy Maria miała jakieś przyjaciółki i czy podzieliła się z nimi Wielką Nowiną? Myślę, że raczej nie, gdyż „wybrała się w onych dniach w drogę i udała się spiesznie do górskiej krainy, do miasta judzkiego”. Szła „spiesznie”, bo pilno jej było zobaczyć się z Elżbietą, swoją krewną, na którą też spłynęła laska Pana: „poczęła syna w starości swojej”. Zapewne z nią jedną chciała Maria mówić otwarcie o tym, co ją spotkało.

O Józefie wiemy o wiele mniej, ale to, co wiemy, świadczy, że był to mąż szlachetny, skromny, dużej siły charakteru. Poczucie odpowiedzialności i rozwaga brały w nim górę nad emocjami. Cóż bowiem zrobił, gdy po ślubie z Marią „okazało się, że zanim się zeszli, była brzemienna”? Musiało go to ugodzić prosto w serce, a jednak zanim cokolwiek powiedział lub uczynił – całą noc „nad tym rozmyślał”. Miał zamiar potajemnie opuścić swoją młodą żonę, bo był mężem prawym i nie chciał jej zniesławić. Widzę go, jak leży na swoim łożu i boryka się z myślami, słuchając szumu nocnego wiatru. Co za szczęście, że zmorzył go sen i anioł Pański mógł go pocieszyć mówiąc, by się nie lękał przyjąć „Marii, żony swej, albowiem to, co się w niej poczęło, jest z Ducha Świętego”. Jakaż ulga! I jak piękny musiał mu się wydać świt, gdy obudził się i podszedł do okna, by spojrzeć na różowiejące niebo.

Tak. oni oboje byli ludźmi, których chciałoby się mieć w gronie najbliższych przyjaciół. Lubię wyobrażać sobie ich dom, czystość, w jakiej Maria go utrzymywała, proste sprzęty – zapewne roboty Józefa – i warsztat, w którym pracował, pełen zapachu trocin, kleju i drewna. Mały Jezus zasypiał kołysany do snu równomiernym posuwem hebla, szelestem spadających wiórów i nuceniem krzątającej się przy gospodarstwie Marii. Później do odgłosów domowych doszło kwilenie niemowląt, bo – jak może wynikać z opowieści ewangelistów – Maria i Józef mieli potem czterech synów: Jakuba, Józefa, Szymona i Judę, i – nie wiem, ile – córek, o których dowiadujemy się od Żydów zgromadzonych w synagodze Nazaretu i mówiących ze zgorszonym zdumieniem: „Czyż nie jest to syn cieśli? Czyż matce jego nie jest na imię Maria[...]? A siostry Jego, czyż nie są wszystkie u nas?” Dobrze, że byli tacy gadatliwi, bo nie wiedzielibyśmy wcale, że Jezus miał siostry...

Zanim jednak dane było tej rodzinie cieszyć się własnym domem, dziećmi i pracą, przeżyła trudne chwile. Dekret cesarza Augusta, „aby spisano cały świat”, wyszedł w czasie, gdy Maria bliska już była rozwiązania. Wyobrażam sobie niepokój Józefa, prowadzącego ją na spis do Betlejem, i jego rozpaczliwe starania o miejsce w gospodzie, gdy okazało się, że „nadszedł czas, aby porodziła”. Potem ucieczka do Egiptu, pobyt w tym obcym kraju, kiedy życie Marii i Jezusa zależało od zaradności Józefa. Wiele przeszedł Józef podczas tych wędrówek i ciągłej trwogi o los tych, za których czul się odpowiedzialny. Dopiero gdy na stałe osiedli w Nazarecie – mógł odetchnąć. I zapewne podśpiewywał sobie wtedy w swoim warsztacie do wtóru hałaśliwym młotkom i heblom, przyuczając Jezusa do ciesiołki i odganiając młodsze dzieci od niebezpiecznych narzędzi.

Tak, bardzo lubię Marię i Józefa, cichych, dzielnych ludzi, którym dwunastoletni Jezus nawet po dyskusji w świątyni jerozolimskiej nadal „był uległy”. I dlatego, gdy w wieczór Narodzenia Pańskiego myśli śpiewających kolędy krążą wokół Dzieciątka leżącego na sianie, moje wybiegają trochę w przyszłość. Staram się wyobrazić sobie życie tego domu, w którym Synowi „przybywało mądrości i wzrostu oraz łaski u Boga i u ludzi”. Dobrze jest wiedzieć, że w życiu Jezusa były łata dzieciństwa spędzonego w ciepłym gnieździe rodzinnym, zanim musiał wyruszyć na spotkanie swojego przeznaczenia.

Wanda Mlicka