Drukuj

NR 2/2014, ss. 20–25

Tadeusz J. Zielinski (fot. Michal Karski)z prof. Tadeuszem J. Zielińskim* rozmawia Michał Karski**

 

Michał Karski: Przemiany roku 1989 przyniosły Polsce wolność – w polityce, gospodarce, religii, głoszeniu poglądów. Jak w tej sytuacji wolności odnajdują się Kościoły?

Tadeusz J. Zieliński: Rozmawiamy w 25. rocznicę polskiego przełomu ustrojowego, więc może zacznę w sposób dość osobisty. Ja naprawdę szczerze cieszę się z wielkiej, korzystnej zmiany społecznej, jaka dokonała się w naszym kraju w ostatnim ćwierćwieczu. Cieszę się z wolności politycznej, swobody wypowiedzi, otwartości debaty publicznej, wolności podróżowania, twardej waluty, dostępności wszelkich dóbr, w tym i dóbr kultury, a zwłaszcza z członkostwa Polski w Unii Europejskiej, bowiem to w UE wszystkie te wartości mamy „w pakiecie”. Trzeba oczywiście widzieć niedostatki toczącego się procesu politycznego i gospodarczego, w tym niekompetencję wielu funkcjonariuszy publicznych, uwikłanie polityków w decyzje gospodarcze, rozległe radykalizmy polityczne, instrumentalizowanie oświaty, nauki i szkolnictwa wyższego przez klasę polityczną, marginalizowanie roli instytucji kultury. Przy ocenie sytuacji zwykle jednak myślę o tym, że my wszyscy jako społeczeństwo jesteśmy współodpowiedzialni za ten stan, gdyż to my generujemy takie a nie inne elity kierujące życiem publicznym. Wolność, która nastała po 1989 r., umożliwia nam wpływanie na bieg spraw, dlatego przysługujące każdemu prawo do krytyki jest wprost proporcjonalne do stopnia udziału w kształtowaniu pola naszego codziennego oddziaływania. Jednakże podsumowując osiągnięcia 25 lat polskiej wolności moim zdaniem bilans jest zdecydowanie pozytywny. Powiedziałbym nawet – biorąc pod uwagę cywilizacyjne zacofanie Polski – jest on nadspodziewanie dobry. Dlatego świetnie się stało, że obchody rocznicy wyborów 4 czerwca, dzięki inicjatywom prezydenta Bronisława Komorowskiego, miały tak pogodny, radosny charakter. Powinniśmy bowiem mieć umiejętność cieszenia się ze swoich wspólnych dokonań, do bycia dumnym z nich, mimo wspomnianych niedociągnięć oraz dużego naporu wciąż silnych i tradycyjnych w naszym społeczeństwie nastawień malkontenckich.

A jak w warunkach pełnej wolności zachowują się Kościoły? W tym zakresie należy jednak odróżniać postawę Kościoła katolickiego i Kościołów mniejszościowych. Zacznę od opisu postawy tych ostatnich. Zwłaszcza dwa Kościoły z tego kręgu, a mianowicie Kościół prawosławny i Kościół ewangelicko-augsburski, potraktowały nową sytuację społeczną jako szansę. Zaczęły dokonywać swoistej rewindykacji tej grupy swoich wiernych, która w warunkach Polski Ludowej potrafiła funkcjonować bez ujawniania własnej tożsamości religijnej. Procesowi odzyskiwania części wiernych sprzyjała silna w okresie pierwszych 20 lat III Rzeczypospolitej tendencja katolicyzacji życia publicznego. Wielu nie-katolików potwierdziło bowiem swoją identyfikację religijną lub światopoglądową w kontekście dość nachalnego przesycania przestrzeni społecznej elementami konfesyjnymi największego polskiego Kościoła (nauka religii w szkołach publicznych, religijna oprawa uroczystości państwowych, zatrudnianie kapelanów i symbolika religijna w instytucjach państwowych). Ten swoisty prozelityzm uprawiany przez wielu przedstawicieli Kościoła katolickiego paradoksalnie wzmocnił część mniejszości religijnych i w mojej opinii poważnie przyspieszył procesy sekularyzacyjne w Polsce. Wspomniane Kościoły mniejszościowe zaczęły ponadto poszukiwać aktywnych form istnienia w szerszej przestrzeni społecznej. Dbały o udział w wydarzeniach publicznych, zabiegały o obecność w mediach, starały się o fundusze unijne na przedsięwzięcia pomocowe. Mam wrażenie, że w swych działaniach zyskały solidarną przychylność pewnej części elit społecznych, głównie tych, które za niebezpieczne uznały zawłaszczanie przestrzeni publicznej przez katolicyzm. W tym duchu, z ewidentnym sukcesem na miarę swoich możliwości, działa Polska Rada Ekumeniczna.

W Polsce istnieje grupa Kościołów mniejszościowych, które są zbyt małe, by mimo najlepszej woli skutecznie realizowały strategie przyjęte przez Kościół prawosławny i Kościół luterański. Są też Kościoły, mam tu na myśli np. wspólnoty ewangelikalne, które nie przywiązują wagi do zaangażowania społecznego i koncentrują się na wąsko rozumianej działalności misyjnej. W tej grupie dokonuje się jednak korzystna zmiana w stronę podejmowania bezinteresownych inicjatyw edukacyjnych czy charytatywnych.

Złożona sytuacja występuje w Kościele katolickim. Na początku lat 90. dominowała tam w dużym stopniu sztampowa tendencja przywracania modelu funkcjonowania Kościoła w społeczeństwie znanego z okresu II Rzeczypospolitej. Większość biskupów, a hierarchia katolicka posiadała wówczas wysoki, zasłużony autorytet społeczny z czasów Polski Ludowej, zdawała się przyjmować, iż jest on im przydany na zawsze i nie podlega weryfikacji. Sposób instalowania politycznego katolicyzmu w przestrzeni publicznej dowodził, jak słabo większość hierarchów i ulegających im polityków rozumiała dynamikę wolnego, demokratycznego społeczeństwa przełomu XX i XXI w. Przygotowany za plecami społeczeństwa konkordat z 1993 r., kościelna nagonka na konstytucję z 1997 r., przesycenie oświaty publicznej treściami katolickimi, przesadzony kult Jana Pawła II, to wszystko są przykłady nieracjonalnej chęci ekspansji, która musiała prędzej czy później spotkać się ze sprzeciwem znaczącej części katolickiego przecież społeczeństwa.

Przełom w tym zakresie nastąpił, moim zdaniem, w 2010 r., przy okazji zajść wokół krzyża wystawionego po katastrofie smoleńskiej przez zwolenników Prawa i Sprawiedliwości oraz Radia Maryja przed Pałacem Prezydenckim. Wtedy to najwyższe władze państwowe zobaczyły, że w sprawie przywołania do porządku rozhisteryzowanego, religijnego tłumu nie mogą liczyć na Episkopat, gdyż ten tak naprawdę wyżej ceni interes konfesyjny od interesu ogólnonarodowego. Myślę, że nastąpił wówczas mentalny, ze wszech miar pożądany, rozbrat między władzą publiczną a establishmentem religijnym. Mam wrażenie, że wtedy przyszedł na liderów rządzącej Platformy Obywatelskiej moment otrzeźwienia. Zakładam, że opisywana trauma z Krakowskiego Przedmieścia uświadomiła wielu reprezentantom politycznego centrum, iż państwo nie może swej treści ideowej sprowadzać do doktryny i obyczajowości jednej, nawet największej, grupy religijnej czy światopoglądowej. Że musi ją budować na treściach wypracowywanych przez różne grupy społeczne, bez przesadnego przeakcentowywania zapatrywań jednej z nich. Czy to podejście się utrzyma, zobaczymy. Mam jednak wrażenie, iż lekcja z 2010 r., której znakiem obok „smoleńskiego krzyża” był także krzyż wykonany przez młodzież z puszek po piwie, na długo pozostanie w pamięci demokratycznie nastawionych polityków. Myślę też, że wnioski z niej powoli wyciąga także polski episkopat katolicki. Pozytywną rolę w tym zakresie odgrywa dobry wpływ papieża Franciszka.

Na początku demokracji w Polsce mogliśmy usłyszeć takie wypowiedzi: „Katolik ma obowiązek głosować na katolika, chrześcijanin na chrześcijanina, muzułmanin na muzułmanina, Żyd na Żyda, mason na masona, każdy komunista na komunistę” (bp Józef Michalik, 1991) albo „Nie jest ważne, czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, dobrobyt – najważniejsze, aby Polska była katolicka” (Henryk Goryszewski, 1993). Jak w świetle tych wypowiedzi zmieniła się polska demokracja przez 25 lat?

Zarówno wypowiedź bp. Michalika, jak i wicepremiera Goryszewskiego można uznać za przykład katolickiego triumfalizmu z początku lat 90., którego inne przejawy starałem się wcześniej scharakteryzować. Jednak ten sposób myślenia spotkał się z odporem, skompromitował się. Krytykę tego podejścia podjęły przecież także światłe kręgi katolików, np. kojarzone z „Tygodnikiem Powszechnym”. Reprezentanci tzw. katolicyzmu otwartego słusznie uświadamiali swoim współwyznawcom, iż żadna religia, żadne wyznanie, ani żaden światopogląd nie przynosi całościowej recepty na sposób życia wszystkich członków danego społeczeństwa. Życie w społeczeństwie jest znośne tylko wtedy, gdy państwo daje prawo do realizacji różnych stylów życia, różnych sposobów urzeczywistnienia naszych wyobrażeń o szczęściu. Co ciekawe, niejeden integrystycznie myślący polityk na własnej skórze przekonał się, iż proponowane przez niego jednostronne, religianckie wizje społeczne nie wytrzymują próby codzienności. Tytułem przykładu można wskazać byłego premiera z PiS Kazimierza Marcinkiewicza, który wcześniej jako działacz Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego proponował wprowadzenie w Polsce zakazu rozwodów, a niewiele lat później, przy wielkim zainteresowaniu ze strony tabloidów, skorzystał z możliwości kształtowania osobistego szczęścia, na jakie zezwala współczesne wolne społeczeństwo. Daje ono oczywiście także możliwość być moralnym rygorystą, z czego premier Marcinkiewicz jednak nie skorzystał. Liczba głosów oddawanych na Unię Demokratyczną, Unię Pracy, Unię Wolności, SLD i Platformę Obywatelską świadczy, że poważna część społeczeństwa nie zastosowała się do szybko przebrzmiałych postulatów abp. Michalika i Henryka Goryszewskiego.

Wielu wierzących polityków forsuje regulacje prawne sprzyjające interesom i zasadom ich związków religijnych. Jak pan na to patrzy z perspektywy teologa protestanckiego, prawnika, ale także byłego polityka?

Polityk czy funkcjonariusz publiczny jest powołany do działania w interesie społecznym. Bardziej patetycznie w tym kontekście mówimy o działaniu dla dobra wspólnego, dobra ogólnego. Oczywiście zawsze wśród takich działaczy znajduje się grupa osób myślących wyłącznie w kategoriach wąskiego interesu pewnej części społeczeństwa i to jest nieuniknione. Zresztą walka o te partykularne interesy może dynamizować proces polityczny, gdyż wzbudza korzystne kontrreakcje. Niedobrze się jednak dzieje, gdy udział aktywistów takiego pokroju na scenie publicznej jest zbyt duży. To zwykle prowadzi do degradacji życia publicznego, rozczarowania polityką znaczących grup społecznych, wycofywania się ludzi bezinteresownych. Daje to szansę na zaistnienie różnym niebezpiecznym radykalizmom politycznym. Gdy z polityki znikają ludzie nastawieni idealistycznie i wspaniałomyślni, w to miejsce często wchodzą cyniczni gracze. W pewnym stopniu, choć nie jest on jeszcze poważnie niepokojący, tak się dzieje teraz w Polsce.

Ale wróćmy do polityków forsujących projekty wypracowane przez wspólnoty religijne. Nierzadko wkład środowisk kierujących się maksymalizmem religijnym i etycznym jest dla społeczeństwa korzystny, może wprowadzać potrzebną równowagę w rozwój społeczny, powściągać przesadną awangardowość, np. w zakresie przypominania o roli rodziny. Z drugiej strony środowiska religijne były także źródłem postępu, czego przykładem był ruch praw człowieka w USA, symbolizowany przez postać Martina Luthera Kinga.

Dojrzała protestancka myśl polityczna i państwowa nakazuje jednak miarkować interesy i rozumieć, iż powołanie do pełnienia urzędu publicznego zobowiązuje do rezygnacji z nastawienia egoistycznego, nawet jeśli jest ono motywowane względami religijnymi. Z takim egoizmem religijnym mamy do czynienia w Polsce bardzo często. Świeżym tego przykładem jest dla mnie ruch „deklaracji wiary” lekarzy katolickich kojarzony z nazwiskiem Wandy Półtawskiej, bliskiej współpracownicy Jana Pawła II.

W wywiadzie dla JEDNOTY 20 lat temu powiedział pan, że przedstawiciele mniejszości wyznaniowych powinni kandydować na stanowiska polityczne, gdyż mają „bardzo dużo do zaproponowania społeczeństwu i państwu”. Co szczególnego mogliby oni wnieść w tym kontekście?

Podtrzymuję tę opinię. Myślę, że identyfikowanie się z mniejszością wyznaniową czy światopoglądową może człowieka dodatkowo uzdalniać do efektywnego zaangażowania w proces polityczny. Reprezentant mniejszości tego rodzaju w kraju tak religijnym jak Polska podlega różnego rodzaju naciskom, rozczarowaniom, dyskomfortom. Może to rodzić w nim empatię oraz gotowość do negocjowania i budowania koalicji. To są ważne kompetencje społeczne. Pozycja członka mniejszości wyznaniowej uświadamia też jej przedstawicielowi, iż pluralizm społeczny jest normalnością i tylko akceptowanie tej różnorodności i budowanie spójności społecznej pośród różnorodności jest receptą na wieloraki dobrobyt w państwie. Państwo polskie dopiero się tego uczy, ale myślę, że coraz skuteczniej. Szwajcarski teolog luterański Oscar Cullmann mówił o „jedności przez różnorodność” jako o pomyśle na oczekiwany ponownie zjednoczony Kościół chrześcijański, ale tę frazę można przecież również stosować na płaszczyźnie publicznej. Mówiąc przed laty na łamach JEDNOTY o możliwościach przyczyniania się przedstawicieli mniejszości wyznaniowych do dobrobytu społecznego miałem na myśli głównie wkład polskich protestantów, którzy mogą się odwołać do bogatej spuścizny protestanckiego zaangażowania publicznego np. w krajach niemieckojęzycznych, w Skandynawii i krajach anglosaskich. Dobrym przykładem skutecznego wkładu w proces publiczny w Polsce przedstawicieli z tego kręgu jest prof. Jerzy Buzek, którego cenię zwłaszcza za to, co uczynił dla naszego kraju już po zakończeniu misji premiera, działając w Parlamencie Europejskim, także jako jego przewodniczący.

Chciałbym teraz podnieść kilka kwestii związanych z zagadnieniami wolności religijnej w naszym kraju. Czy mniejszości religijne są w Polsce równouprawnione w stosunku do Kościoła rzymskokatolickiego? Czy w obecnej Polsce ma miejsce dyskryminacja religijna? W relacjach państwa i religii rozpowszechnionym modelem we współczesnych demokracjach jest zasada rozdziału państwa od religii, neutralności czy bezstronności światopoglądowej państwa. W Polsce ten model bywa podważany. Jakie problemy niosą ze sobą te zasady? Emocje budzi obecność religii w szkołach, kapelanów w wojsku, symboli religijnych w budynkach administracji państwowej, z sejmem na czele. Czy to nie jest przykład pogwałcenia zasady rozdziału państwa od religii?

Prezentuję pogląd, iż Polska nie jest państwem wyznaniowym, a przypadki dyskryminacji religijnej są nieliczne. Owszem, mamy do czynienia z przesadnym nasyceniem sfery publicznej elementami jednej opcji światopoglądowej, konfesyjnej, ale zjawisko to w mojej ocenie nie ma tendencji zwyżkowej. Jeszcze kilka lat temu władze państwowe zupełnie kapitulowały przed duchowieństwem i radykalnymi działaczami katolickimi zezwalając im na przesadną ekspresję religijną w sferze państwowej. Dzisiaj ze względu na swoisty opór społeczny (także ze strony racjonalnie myślących katolików) wobec zawłaszczania wspólnej przestrzeni przez religię, jest coraz więcej – rzekłbym – normalności. Jako przykład tej korzystnej tendencji podam organizowanie w coraz większej liczbie szkół nauki etyki, ograniczanie liczby krzyży w szkołach czy – podam znamienny przypadek jednostkowy – brak konsekwencji dyscyplinarnych dla komendanta policji w Radomiu, który zdjął w swoim gabinecie służbowym krucyfiks ze ściany.

Przepisy prawa dotyczące równouprawnienia związków wyznaniowych zasługują na względnie dobrą ocenę. Nieco gorzej należy ocenić praktykę organów władzy publicznej, a zwłaszcza postępowanie samorządów terytorialnych w tym zakresie. To właśnie na szczeblu lokalnym dokonuje się niedopuszczalnego uprzywilejowania Kościoła katolickiego, zwłaszcza poprzez dofinansowywanie inwestycji i przedsięwzięć religijnych. Jest to efekt presji, jaką duchowieństwo wywiera na działaczy samorządowych. Humorystycznie, a zarazem dobitnie ukazuje to popularny serial telewizyjny „Ranczo”. Tam też konstytucyjna zasada bezstronności religijno-światopoglądowej, która jest gwarantem wolności sumienia i wyznania każdej jednostki, praktycznie nie obowiązuje. W ten nieskrępowany sposób następuje promowanie przez państwo partykularnej wizji życia. Trzeba jednak pamiętać, iż przedstawiciele związków wyznaniowych różnych proweniencji są gotowi się sprzymierzać, by wobec niezdolności do wydobycia pieniędzy od własnych wiernych, wspólnie sięgać po fundusze publiczne i nastawać na ideę państwa świeckiego.

W minionych 25 latach mieliśmy kilka głośnych spraw z zakresu tzw. obrazy uczuć religijnych – m.in. wystawa Doroty Nieznalskiej, podarcie Biblii przez Nergala, koncert amerykańskiej piosenkarki Madonny w dniu katolickiego święta maryjnego. Jak demokratyczne państwo – zapewniające zarówno wolność słowa, jak i wolność do wyznawania religii – powinno postępować w takich przypadkach?

Dla osób religijnych przytoczone przypadki muszą być oczywiście szokujące. Jednak państwo demokratyczne, które z natury rzeczy obejmuje osoby o różnych zapatrywaniach i wrażliwości, ma obowiązek gwarantować wolność ekspresji czasami skrajnie przeciwnych poglądów. Władza publiczna w takim państwie nie może zatem zagwarantować nikomu wolności od istnienia poglądów odmiennych a nawet bulwersujących. Współczesna demokracja jest zbudowana na ustawicznym dyskursie, pojawianiu się rozmaitych opinii, i to, że komuś się one nie podobają, nie musi wystarczać, by je cenzurować.

Oczywiście w celu zachowania pokoju społecznego państwo wyznacza tutaj pewne granice. Jak wiemy, nie jest to proste i wymaga skomplikowanych zabiegów prawodawczych i z zakresu orzecznictwa sądowego. Wprowadza się tutaj różnego rodzaju standardy oceny i tak dla przykładu i w dużym uproszczeniu można wskazać, iż inaczej reglamentowana jest bulwersująca czy obsceniczna ekspresja w miejscach publicznych, tam gdzie bez przeszkód dostanie się postronny obserwator czy nawet dziecko, a inaczej traktuje się manifestację poglądów na „forum zamkniętym”. Potarganie Pisma Świętego przez Adama Darskiego nastąpiło w miejscu zamkniętym, dostępnym dla osób przygotowanych na tego rodzaju obsceniczne zachowanie wokalisty. Była to impreza dostępna po wykupieniu biletów. Dlatego uniewinniający wyrok gdańskiego sądu w tej sprawie należy uznać za zasadny. Znamienne jest to, że sprawa wypłynęła dzięki znanemu tropicielowi sekt i spisków, Ryszardowi Nowakowi, politykowi Unii Pracy a potem „Samoobrony”. To pokazuje, jak skrajność przyciąga skrajność, a nawet, że skrajność napędza skrajność. Myślę, że przypadek wernisażu Doroty Nieznalskiej jest w jakimś stopniu podobny do sprawy Nergala. Natomiast chyba nieco inaczej trzeba odbierać wystąpienie Madonny w katolickie święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Miałbym skłonność traktować tę prowokację bardziej restrykcyjnie, gdyż nie odbywała się ona na wspomnianym „zamkniętym forum”, w zaciszu klubu muzycznego czy galerii wystawienniczej. Występy amerykańskiej piosenkarki poprzedzała duża akcja promocyjna m.in. przez telewizję i billboardy. Dlatego byłem pod wrażeniem decyzji władz stolicy, które zezwoliły na jej koncert 15 sierpnia. Sam miałem w tej sprawie poważne wątpliwości, ale wobec tego rodzaju dylematów jestem gotów kierować się zasadą: „In dubio pro libertate” (w przypadku wątpliwości należy rozstrzygać na rzecz wolności).

Pamiętajmy przy tym, że również skrajne siły religijne podejmują się publicznych prowokacji, do których bym zaliczył wspomniane zajścia przed krzyżem smoleńskim na Krakowskim Przedmieściu, czy publiczne egzorcyzmowanie w tym roku Pałacu Namiestnikowskiego przez ks. Stanisława Małkowskiego, w latach 80. kapelana „Solidarności”. Tutaj też władza publiczna musi rozważać, czy w interesie zachowania autentyczności debaty publicznej zezwalać na taką ekspresję światopoglądową, czy ją reglamentować.

Współczesny świat przynosi dyskusje i spory wokół spraw związanych mniej lub bardziej z tradycjami religijnymi. Podważane są prawa do uboju rytualnego i obrzezania (jako okaleczania), istnieje problem morderstw honorowych. Na ile państwo może wkraczać w wewnętrzne sprawy związków religijnych i ograniczać wolność religijną obywateli?

Wolność religijna jak każda wolność musi mieć swoje granice. Religia jest w dużym stopniu obszarem manifestowania irracjonalności, co z jednej strony stanowi o jej sile, z drugiej zaś o jej słabości. Religia jest przy tym nieusuwalną częścią życia wielu ludzi, a przez to życia społecznego. Odgrywa ważną rolę inspirując nas do czynienia rzeczy wielkich, ale czasem i do popełniania podłości. Państwo znajduje się zatem w trudnej sytuacji, gdyż musi działać tak, by nie stłamsić owej roli religii polegającej na „uskrzydlaniu” ludzi na nią otwartych, z drugiej strony ma obowiązek chronić społeczeństwo przed religijnym dyktatem. Zadania władzy publicznej w tym zakresie wyraża się w postaci konstytucyjnej zasady neutralności światopoglądowej państwa, która w polskiej ustawie zasadniczej nosi miano bezstronności religijnej, światopoglądowej i filozoficznej. Dlatego też stosowanie tego pryncypium jest tak dyskusyjne.

Osobiście jestem zwolennikiem stanowczego postępowania władzy publicznej wobec ekscesów w praktyce religijnej. Pojęcie „eksces” jest oczywiście różnie pojmowane w zależności od tradycji społecznej i kontekstu kulturowego. W postępowaniu państwa wobec praktyk religijnych większą surowość zalecałbym w reakcjach wobec zachowań grup większościowych, niż mniejszościowych, a to jest zwykle trudne. Trudno jest bowiem przeciwstawiać się masie, łatwiej jest wywierać presję na mniejszości, co zwykle też budzi poklask większości. Ponieważ religie niekiedy potrafią być głęboko w swoich wymaganiach i zachowaniach bezrefleksyjne, państwo chroniąc obiektywne prawa jednostki powinno mieć wolę ingerowania. Religijna sankcja np. dla obrzezywania dziewcząt wbrew ich woli, dla przymusowych małżeństw, strojów uniemożliwiających rozpoznanie tożsamości czy uboju rytualnego nie może uchylać norm służących ochronie oczywistych dóbr jednostki i społeczeństwa. Dlatego potrzebny jest ustawiczny dialog społeczny ze środowiskami religijnymi, w tym i angażowanie przez państwo specjalistów z zakresu psychologii, pedagogiki, socjologii, prawa, religioznawstwa, by obrzędowość i doktryna religijna czyniły jak najmniej szkody człowiekowi i środowisku.

W jakich sprawach Kościoły czy inne związki wyznaniowe powinny zabierać głos publicznie, a w jakich nie?

Dotknąłem już kwestii społecznej doniosłości religii, jej roli jako czynnika strzegącego nas przed absolutyzowaniem spraw doczesnych, w tym stawianiem na piedestale tworzonych przez nas instytucji. W ten sposób koniec końców służy ona ochronie praw człowieka. Właściwe religii odwołanie do rzeczywistości duchowej, choć w historii nie raz prowadziło do gwałcenia swobód jednostki, jednak ostatecznie chroni nas przed skrajną uzurpacją ze strony władzy świeckiej. Świeckie państwo dla swego dobrostanu potrzebuje więc ludzi religijnych, ludzi o nastawieniu idealistycznym, którzy będą akcentować, iż życie człowieka ma wymiar większy niż codzienność.

Jednak Kościoły i inne wspólnoty religijne niekiedy mogą opacznie pojmować swoją obecność w życiu publicznym i podejmować próby zawłaszczania całych obszarów życia społecznego. Ostatnio głośno było o listach przedstawicieli Episkopatu Polski do posłów w sprawie zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych. Oczywiście biskupi i inni przywódcy religijni mają w pełni prawo wywierać nacisk na polityków, w tym pisać tego rodzaju petycje. Rzecz jednak w tym, iż uwikłanie wspólnot konfesyjnych w bieżące rozstrzygnięcia polityczne zwykle rodzi niechęć społeczną, także części wiernych. Oznacza bowiem zwykle poparcie tylko wybranych opcji politycznych, co powoduje u wierzących nieutożsamiających się z takim podejściem poczucie bycia traktowanym przez elity kościelne po macoszemu. Dla osób niezwiązanych z danym kręgiem religijnym tego typu naciski stawiają dany Kościół w pozycji jednej z wielu sił politycznych. Dlatego też lepszym modelem publicznego oddziaływania Kościołów jest kształtowanie przez nie poważnych, kompetentnych polityków, działających na własną odpowiedzialność lecz podzielających system wartości tych wspólnot religijnych.

Jestem przekonany, iż głos Kościołów i innych społeczności wyznaniowych jest oczekiwany w pluralistycznym społeczeństwie. Etos Ewangelii zobowiązuje je do wypowiadania się w sprawie poszanowania praw kobiet, dzieci, imigrantów, bezrobotnych, mniejszości seksualnych i światopoglądowych, osób starszych i marginalizowanych, a także przeciw szowinizmowi, ksenofobii i nienawiści w życiu publicznym, przeciw przemocy domowej i w stosunkach międzynarodowych. W zasadzie nie ma tematów zakazanych, które mogą być podejmowane przez Kościoły kierujące się autentyczną empatią. Jest natomiast problem form oddziaływania. Niektóre z nich, tak jak w podanym przykładzie ustawy antyaborcyjnej, będą bowiem osłabiać autorytet moralny tych podmiotów.

Przemiany 1989 r. przyniosły też wiele zmian w edukacji, m.in. kilkukrotnie wzrosła liczba osób studiujących, a teraz ona poważnie maleje. Jakie są obecnie perspektywy działalności Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie, której jest pan profesorem?

ChAT to kluczowa, wspólna instytucja polskich mniejszościowych Kościołów chrześcijańskich, zwłaszcza należących do Polskiej Rady Ekumenicznej. Stanowi dorobek już kilku pokoleń profesorów, wykładowców, studentów, efektem wieloletnich starań władz tych Kościołów i działaczy ekumenicznych, ale także troski ze strony władz państwowych, bowiem jest to, jak wiadomo, uczelnia publiczna. W tym roku jesienią Akademia będzie obchodzić 60. rocznicę istnienia. Od czasu objęcia funkcji rektora przez ks. prof. Bogusława Milerskiego z Kościoła ewangelicko-augsburskiego, czyli od roku 2012, ChAT posiada dwa wydziały: obok Wydziału Teologicznego istnieje Wydział Pedagogiczny, który jest ważną formą rozszerzenia oferty edukacyjnej i naukowej Akademii. Trwają przygotowania do budowy nowej siedziby uczelni przy ul. Broniewskiego w Warszawie, bowiem ChAT nie posiada własnej. Codziennej działalności dydaktycznej i badawczej towarzyszą liczne otwarte fachowe debaty. W ostatnim czasie mieliśmy ważne konferencje na temat Biblii brzeskiej, eklezjologii ekumenicznej, prawa małżeńskiego Kościołów chrześcijańskich oraz współorganizowane z Ambasadą Izraela sympozjum pedagogiczne o współistnieniu różnych tożsamości kulturowych, religijnych i etnicznych. W ten sposób Akademia wykonuje swoją unikalną misję jako promotor spójności pluralistycznego społeczeństwa polskiego.

* * * * *

* Tadeusz J. Zieliński – doktor habilitowany teologii ewangelickiej, doktor prawa, profesor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie, dziekan Wydziału Pedagogicznego tej uczelni, poseł na Sejm w latach 1993–2001.

** Michał Karski – dziennikarz i publicysta, redaktor JEDNOTY oraz serwisu internetowego Polskiej Rady Ekumenicznej

 

Na zdjęciu: Tadeusz J. Zieliński (fot. Michał Karski)